PMS – jak przetrwać i uniknąć odsiadki za morderstwo

PMS – jak przetrwać i uniknąć odsiadki za morderstwo

Matka Natura jest dla swoich sióstr i córek bezlitosna. Co miesiąc funduje nam karuzelę hormonalną i pełen wachlarz emocji, od umiłowania każdego chodzącego po ziemi stworzenia po bezkresną chęć wysłania tych wszystkich stworzeń w kosmos – bez biletu powrotnego.

U mnie dzisiaj day 1, więc emocje opadły (cycki też) i zaczynam nieco przychylniej patrzeć na otaczająca mnie rzeczywistość. Lecz jeszcze wczoraj, od samego rana prosiłam Najwyższego o zesłanie choć jednej, maleńkiej plagi na ludzkość.

Zaczęło się od kubła ze śmieciami, który zapomniałam wystawić. Zorientowałam się dopiero przy końcu drogi wyjazdowej, robiąc slalom między kubłami sąsiadów. Wsteczny i wracam pod dom. Oczywiście, akurat tego dnia, mój najdroższy małżonek musiał udać się w delegację, więc targam to badziewie sama, z odpowiednim podkładem głosowym, no bo przecież jestem odfaczona do pracy, ale kuźwa nieco innej. Dobra, stoi.

17 minut do pociągu. Gaz do dechy, na naszej wiejskiej drodze pełnej kraterów wulkanicznych, oznacza to prędkość w granicach 12km/h. Spoko, nadrobię na asfaltowej. Pamiętajmy jednak, że to jest „ten dzień” więc ofkors musiał mi się trafić komunikacyjny zbawca narodu, jadący nawet nie przepisowe 50km/h a dla pewności 42. Zanim dotoczyłam się do miejsca, gdzie mogłam go wyprzedzić, męski narząd rozrodczy strzelił mnie dziesięć razy.

Zdążyłam. Ku mojemu zdziwieniu, pociąg również. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu z zamiarem przystąpienia do lektury. Otóż nic z tego, gdyż akurat w moim wagonie zawiązał się młodzieżowy klub dyskusyjny. Jezusie brodaty…

Po wyjściu z pociągu udałam się prosto do mojej świątyni kawowej rozpusty i zamówiłam mochę w rozmiarze XXL. Z dużą ilością bitej śmietany, co podkreśliłam wężykiem. Odebrałam kubeczek z moim imieniem i udałam się do pracy. Pierwszy łyk kawy, siorbnięty jeszcze w drodze do autobusu był wisienką na torcie tego poranka – bez bitej śmietany…

Dalej było już tylko gorzej. Osiem godzin trwało tego dnia nieskończenie długo, w tym czasie milion razy napisałam do mojej sąsiadki i bratniej duszy w jednej osobie, że nienawidzę ludzi, roboty i wszystkiego nienawidzę. Hormony. Wszystko hormony. Hashimoto i PMS to mieszanka wybuchowa.

Co zatem można zrobić, aby nie zwariować przez tych kilka dni w miesiącu? Od razu mówię, że zakupy i kąpiele w pianie możecie wsadzić między bajki. Jak Was wszystko wkurza, to ludzie w sklepie też Was wkurzą, że o cenach nie wspomnę. Ciocia Kasia poleca:

1. Nie ruszać się z domu

2. Nie ruszać się z łóżka

3. Pieska lub kotka zaprosić na podusię

4. Dużo wina

5. Dużo pizzy

6. Dużo Netflixa

Przecież kuźwa wiem, ja też muszę podbijać kartę na zakładzie. No to może tak:

1. Nie zapominać o kuble ze śmieciami

2. Wyruszyć z zapasem czasowym na wypadek kierowców, którym biegi kończą się na 3

3. Nie wsiadać do wagonu, do którego pakują się dwie lub więcej psia psi – klub dyskusyjny murowany

4. Dużo kawy

5. Dużo słodyczy

6. Jeszcze więcej kawy

Po powrocie do domu, jeśli udało się przetrwać i nikogo nie zabić, należy przejść do pierwotnych zaleceń: dużo wina, dużo pizzy i dużo Netflixa. A tak serio, chyba się jeszcze taki nie urodził, co by sposób na kobiecego wkurwa wymyślił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót na górę