- przez Kasia
Tak, tak, dziś jest ten dzień. Jeden z moich ulubionych w roku, kiedy darzę ludzi strzelających Panu Bogu w okno miłością większą, niż kiedykolwiek. Widząc kolejnego tatusia, kupującego synkowi petardy w Biedronce, marzę o tym, żeby ktoś wsadził mu je w dupę i podpalił. Kolejny rok, w którym społeczność ze statusem „szlachta nie pracuje” puści z dymem setki złotych, wystraszy zwierzęta, zatruje środowisko i zostawi po sobie syf, który będziemy podziwiać przez kolejne tygodnie, bo przecież „państwo” nie posprzątają po sobie. A taka straszna inflacja, taka drożyzna, wszyscy płaczą, że za chwilę będą jeść tylko trawę. Jak widać u „państwa” może chleba zabraknąć, ale nigdy fajerwerków w Sylwestra.
Dobra, nie będę się uruchamiać, to ma być słodko pierdzący post z podsumowaniem roku a nie najazd na ludzi z rozprostowanymi zwojami mózgowymi. A wiec zsumujmy. Hmm… No kurczę, nie było źle. W zasadzie muszę przyznać, że to był dla mnie całkiem dobry rok… Nie licząc depresji, ciągłego niezadowolenia z pracy (ale to przez depresję) i niebotycznego, zauważonego już przez męża, wzrostu masy ciała (to chyba też wina depresji).
2022 zaczął się jeszcze pod znakiem pandemii, nadal obowiązywał nakaz noszenia maseczek w środkach komunikacji itp. Próbowano nam wciskać kolejne dawki szczepionek na wirusa, ale z ilości jakie do tej pory zalegają w magazynach wnioskuję, że chętnych zbyt wielu nie było. Ludzie po dwóch latach obserwacji, połączyli kropki.
W ramach oderwania się od pandemicznej rzeczywistości, wyjechaliśmy ze znajomymi w nasze ukochane Bieszczady. Pogoda dopisała, było śnieżnie, słonecznie i jak to w Bieszczadach, cicho, spokojnie, i prawie bez turystów. No dobra, z tą ciszą to trochę przesadziłam. Zjeżdżając na sankach generowaliśmy odrobinę hałasu i wcale nie mam na myśli dzieci.
W lutym przetrwaliśmy ze Starym naszą 11 rocznicę. Pomógł nam w tym Maciej Maleńczuk, choć nie jestem pewna czy jego występ był bardziej muzyczny czy już niestety bardziej polityczny. Szkoda, bo kawał dobrego głosu. Więcej śpiewania, mniej gadania i byłoby perfect. Przy tej rocznicowej okazji, muszę wspomnieć i polecić Wam jednocześnie, najlepszą żydowską restaurację ever – Mandragora w Lublinie. Tak pysznej wątróbki nigdzie nie jadłam. A pascha i kawa – niebo w paszczy!

Niestety luty był też miesiącem, w którym ch*j Putler rozpoczął inwazję zbrojną na Ukrainę. Pamiętam, że oglądałam wiadomości non stop, chłonęłam je wszystkie i umierałam z przerażenia. Boję się do dzisiaj, choć na co dzień człowiek stara się o tym nie myśleć, żeby normalnie funkcjonować.
W marcu poczuliśmy pierwszy oddech wiosny. Chyba już wtedy pozwolili nam oficjalnie zdjąć namordniki. Zresztą, było to czas kiedy przez nasze granice przetoczyły się miliony ukraińskich uchodźców, którzy byli wpuszczani w zasadzie bez żadnej kontroli (medycznej) i w tych oto okolicznościach, śmiertelny wirus zniknął z dnia na dzień. Śniegi stopniały i wreszcie człowiek mógł zaciągnąć się zapachem świeżego, wiejskiego gówna.

Czułam wiosenny przypływ energii, brykałam na rowerze, zdrowo się odżywiałam, rzuciłam robotę dla Janusza biznesu (nie pytajcie) i spełniłam swoje marzenia o pracy z dziećmi. Tak, zatrudniłam się w przedszkolu. Dzieci były cudowne, choć szybko zrozumiałam, że opieka nad dwójką własnych to zdecydowanie nie to samo, co ogarnięcie 15 cudzych, w dodatku pyskatych i przekonanych o swojej absolutnej wyższości nad resztą społeczeństwa. To z kolei zasługa ich nowobogackich rodziców, żyjących wedle zasady „płacę, więc wymagam” oraz „płacę, więc nie pierdol że moje dziecko jest chore” a także „to jest katar alergiczny” i „37,5 to normalna temperatura”. Tekst czterolatka pt. „jesteś tu po to żeby wiązać moje buty” był wisienką na torcie. Porzuciłam czterolatki na rzecz nieco mniejszych i zdecydowanie mniej wygadanych dwulatków. Generalnie praca w przedszkolu to temat na oddzielnego posta, którego mam nadzieję niebawem popełnić.
Nadszedł kwiecień i stuknęła mi czterdziestka. Nie robiłam z tej okazji wielkiego podsumowania (no dobra, zrobiłam, ale wyniki mnie przeraziły , więc wolę udawać, że nic takiego nie miało miejsca) ani hucznej imprezy ze striptizerami. Tort i lampka szampana w gronie najbliższych. Mąż, wręczając mi nieprzyzwoicie drogi prezent, życzył mi, żeby kryzys wieku średniego szybko mi minął. Cóż, szybko nie minął, ale to też temat na kolejne pitu pitu.
Lato upłynęło pod znakiem podróży. Odwiedziliśmy nasze ukochane Mazury, troszku pospacerowaliśmy po Podlasiu, pływaliśmy naszym wypasionym pontonem po wodach Wkry a na koniec wygrzaliśmy tyłki na gorących pisakach jednej z wysp morza Śródziemnego.
Początek jesieni przetrwałam na endorfinach z lata, jednak z każdym spadającym liściem czułam, że dopada mnie deprecha. I nie mówię o „jesiennej depresji” leczonej czekoladą i chipsami, mówię o tej prawdziwej, na którą psychiatra wypisuje kolejne recepty.

Przy życiu trzymały mnie dzieciaki, te przedszkolne i moje własne. Ignaś skończył 11 jesień, ale żeby nie było zbyt pięknie w prezencie od losu dostał Anginę i antybiotyki. Stary to już nie będę mówić ile jesieni przeżył, w każdym razie kryzys czterdziestolatka ma już dawno za sobą. Bardzo dawno. Tak ze cztery lata 😛
Podczas jednej z rad pedagogicznych dowiedziałam się, że jestem narodowcem. Why? A no because chciałam w przedszkolu świętować odzyskaną przez Polskę niepodległość. Pani właścicielka uświadomiła mnie, że pracuję w placówce międzynarodowej, wielokulturowej, obchodzącej wszystkie możliwe święta od żydowskiego Święta Trąbek po meksykańskie czczenie trupiej czaszki, ale 11 listopada jest „taki polski, taki strasznie narodowy” i najwyraźniej za mało światowy. Zamiast tego, w dniu 11 listopada całe przedszkole świętowało dzień jeża…
A teraz quiz. Czy po powyższych wydarzeniach rzuciłam papierem?
A. Tak.
B. Oczywiście, że tak.
Wcześniej jednak, przygotowałam z dziećmi niespodziankę w szatni.

Tym oto sposobem dotrwaliśmy do zimy. Zimy, której kuźwa nie ma, bo za oknem 11 stopni. Przepraszam, było kilka dni mrozu, nawet śnieg spadł i poleżał dwie doby, ale w wigilię lało już jak z cebra. Bałam się wystawić mój projektor gwiazdek do ogródka, bo groziło zwarciem. W pierwszy dzień Świąt Wiktor zdmuchnął 9 świeczek i zjedliśmy obłędnie czekoladowy tort. Całe Święta graliśmy w planszówki, Wilki i owce są już na liście moich ulubionych. Niby banalne, a mega wciągające.
No i co, święta, święta i po świętach. Plus kolejne 4 kg a w lodówce nadal tona żarcia, bo przecież trzeba było nagotować dla pułku wojska. No i dzisiaj ten zasrany Sylwester. Jeszcze tylko dziesięć, dziewięć, osiem , siedem… i zaczynamy teatrzyk od nowa. Happy New Year!









