- przez Kasia
Wielokrotnie wspominałam, że PKP trzyma mnie przy życiu i jest źródłem inspiracji, które zdaje się nigdy nie wyschnąć. Dzisiaj jednak chciałabym docenić nie tylko PKP, ale niemal wszystkie środki transportu publicznego, którymi mam wątpliwą przyjemność podróżować. O czym więc dzisiejsze pitu-pitu? O zapachu. Woni. Smrodzie. Odorze. O niekończącym się spektaklu w środkach transportu publicznego. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Od zapachów, które budzą nasze zmysły, przez te, które wywołują chwilę zadumy i refleksji, aż po te, które sprawiają, że mamy ochotę zwymiotować sałatkę z pierwszej komunii. Nasze środki transportu pełne są aromatów, które mogłyby zaskoczyć najbardziej wytrawnego twórcę perfum.
Do tego postu zainspirował mnie trochę Adam Strug, który jakiś czas temu, opisał na Facebooku swoje wrażenia z podróży miejską komunikacją. Pozytywne wrażenia. Gdyby nie to, że znam te podróże z autopsji, może nawet poczułabym chęć do przejażdżki tramwajem na Pragę… Niestety, dla mnie wejście do tych wagoników, zwłaszcza latem, kojarzy się głównie z pytaniem, czym dzisiaj będzie śmierdziało? Bo tu każda linia ma swój unikalny bukiet, który zaskakuje za każdym razem, gdy wsiadamy do wagonu. Od mieszanki zapachów fast foodów, przez nieprane od tygodnia skarpety, nie do końca przetrawiony alkohol, zapach kociej kuwety, aż po klasyczne, przepocone pachy. W tramwajach nie ma nudy.
W autobusach wcale nie jest gorzej, równie mocno wyczuwalne zapachy z rozmaitych źródeł rywalizują o naszą uwagę. Czy to woń obiadu z wczoraj, który niechcący uciekł z lunchboxa, czy też intensywny aromat perfum damy siedzącej obok, która chwilę temu wyszła z Rossmanna, gdzie przetestowała na sobie wszystkie próbki. Każdy z nas może cieszyć się tymi niesamowitymi doznaniami podczas podróży, a to wszystko za jedyne 4,40 PLN.
Wydawać by się mogło, że na tym tle PKP wypada dość blado, wszak w odróżnieniu od autobusów i tramwajów, pociągi są całkiem dobrze klimatyzowane. Ale nawet w klimatyzowanych wagonach PKP czeka nas zapachowa przygoda! To prawdziwa arena dla mistrzów ignorowania higieny osobistej. W zasadzie ignorowania wszystkiego i wszystkich wokół, ale nie o tym dzisiaj, nie o tym. Mamy więc głodomorków, którzy swoją kanapkę z jajkiem i podwawelską muszą spożywać właśnie w drodze, bo na peronie albo (o zgrozo!) w domu, z pewnością nie smakowałaby tak samo, a jej zapach nie rozszedłby się po całym wagonie. Mamy też rozkosznych śpioszków, którzy chrapią i pierdzą bez opamiętania. Są też tacy, którzy pierdzą świadomie i z premedytacją (powinny być zainstalowane jakieś czujniki, żeby taki gwiazdor mógł dostać brawa na stojąco). No i moi ulubieńcy – czyścioszki. Stronią od mydła i dezodorantu, jak diabeł od wody święconej. Rano nie zawsze wyczuwalni, ale za to popołudniu, kiedy temperatura odpowiednio wzrośnie… PKP należy do nich. I tak sobie myślę, że może zamiast papieskich kremówek, zacząć rozdawać pasażerom mydło?
Komunikacja publiczna potrafi zamienić zwykłe przesiadki w niezwykłą podróż. Zapachową. To prawdziwy festiwal aromatów, który wprawi Wasze receptory węchowe w zawrotny, obłąkańczy wręcz taniec. Od esencji lawendowej w autobusie, przez aromat starych trzewików w tramwaju, aż po bukiet zgniłych jajek na stacji metra – to prawdziwe wyzwanie dla naszych nozdrzy i niezapomniana uczta dla zmysłów!
Źródło zdjęcia: Markus Spiske – fotografia (pexels.com)