- przez Kasia
Ktoś mi ostatnio powiedział, że agent ubezpieczeniowy to wzorcowy przykład człowieka, który niczego w życiu nie osiągnął. Osoba, która decyduje się na ten zawód, najczęściej ma już ze trzydzieści wiosen i pracę w kilku korporacjach na karku. Niestety, na szczeblach hierarchii nie wspięła się wyżej niż starszy referent ds. gównianych i kiedy miała już skoczyć w przepaść, firma zaproponowała jej założenie własnego biznesu i współpracę b2b.
Własny biznes – brzmi dumnie! Kto z nas o tym nie marzy(ł), żeby przestać zapierniczać na nowy samochód prezesa, tylko wreszcie zarobić na własny? No więc nasz życiowy przegryw idzie na jedno, drugie, dziesiąte szkolenie, na którym słyszy, że jest zwycięzcą i sky is the limit, kupuje gajer, wkłada buty kościołowe i pędzi do Urzędu Miasta założyć swoją własną działalność gospodarczą. Już nie jest frajerem. Jest prezesem lub jak to teraz modnie: CEO, co niezwłocznie drukuje na swojej nowej wizytówce.
Przez pierwszy tydzień idzie jak burza, ubezpiecza swoją żonę, mamę, teściową, kuzynów, kolegów ze studiów i psa. A potem następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo oto okazuje się, że pracując na samego siebie, trzeba tyrać dwa razy więcej. Nagle okazuje się, że nasz świeżo upieczony przedsiębiorca, musi się przeprosić ze swoim gównianym stanowiskiem, które tak ochoczo porzucił tydzień wcześniej. Początkowo nie rezygnuje z własnego biznesu, próbuje coś tam kręcić na boku, ale od siedzenia na dupie za biurkiem klientów nie przybywa i z czasem koszty prowadzenia działalności stają się wyższe, od prowizji ze składek żony i psa. Przegryw zamyka własną działalność. Koniec rumakowania.
Jak niektórzy z moich czytelników wiedzą, przepracowałam w ubezpieczeniach ładnych parę lat i jak ktoś mi na tą branżę pluje, to zaczynam się jeżyć. 🙂 Tak było i w tym przypadku. Troszkę rynek poznałam i poznałam ludzi, którzy na nim działają. Między innymi agentów ubezpieczeniowych, których uważam za jedną z bardziej przedsiębiorczych grup zawodowych. Konkurencja jest duża, towarzystwa prześcigają się w tworzeniu nowych ofert i produktów. Nie jest łatwo utrzymać klienta a jeszcze trudniej pozyskać nowego. Jednakże dobry agent potrafi zbudować solidny portfel i nie spoczywa na laurach, kiedy odcina pierwsze kupony. Non stop działa, odwiedza swoich klientów, walczy o jak najlepsze warunki. Znam wielu agentów, którzy po kilku latach otworzyli własne agencje bądź przedstawicielstwa i zatrudniają po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt osób. Co z tego mają? Oprócz kasy, która znacznie przewyższa średnią krajową, liczne benefity w postaci wycieczek zagranicznych i nagród rzeczowych. Są zawsze uśmiechnięci, pełni pozytywnej energii, którą zarażają innych. Czy tak wygląda życiowy przegryw? Nie sądzę.
Oczywiście, jest masa osób, które podjęły się pracy agenta ubezpieczeniowego, licząc na szybki i łatwy zarobek, po czym usiadły na dupie i jak to Polacy mają w zwyczaju, zaczęły narzekać. A to, że klientów nie ma, albo że oferta niedobra i nie da się jej sprzedać, albo że przedwczoraj padał deszcz, w związku z tym przez tydzień nie włączą komputera. Tak, to są przegrywy, ale takich ludzi jest masa, w każdej branży, nie tylko w ubezpieczeniowej. Jeżeli ktoś myśli, że „samo przyjdzie” to z gruntu jest skazany na porażkę, czy to w ubezpieczeniach, czy w handlu gwoździami.
Tak sobie myślę, że najlepiej by było, jakby każdy pilnował swojego nochala. Nie twierdzę, że krytyka jest zła, ale pod warunkiem, że jest konstruktywna. Szufladkowanie i ocenianie całej grupy zawodowej tylko dlatego, że jednostka nawaliła, jest słabe i źle świadczy o szufladkującym.
No, pogadała, to teraz idzie wziąć się za mycie podłogi. Miłego dnia!